Polemika - Aborcja
 Oceń wpis
   

Świętym prawem internetu jest to, że może się w nim znaleźć każda głupota, niezależnie jakiego kalibru. Drugim świętym prawem jest tę głupotę wskazać i jeśli tego wymaga sytuacja - pokonać. Czego próbował będę dokonać w poniższym tekście.

Odnosił się w nim będę do wpisu Emila Peteckiego "Aborcja" opublikowanego w dziale Debata na portalu Polskaliberalna.net

Wg mnie artykuł ten zawiera tak wiele przeinaczeń, kłamstw, uproszczeń i zwyczajnej ignorancji, że aż boli, szczególnie kogoś, kto chciałby dyskusji merytorycznych, opartych na logicznych argumentach i spójnych poglądach.

Ale ad rem.

Pierwszą głupotą, jaką znalazłem w tekście pana Peteckiego są słowa:
Najważniejszym bodaj argumentem przytaczanym przez zwolenników aborcji „na życzenie” jest sytuacja, w której kobieta została przymuszona do odbycia stosunku płciowego, bądź mówiąc bardziej kolokwialnie – zgwałcona.

Gdzie tu głupota? Ano w myleniu "aborcji na życzenie" z "aborcją z powodu czynu zabronionego (np. zgwałcenia)". Dlaczego jest to głupota? Cóż, wystarczy wyjść na ulicę i spytać jakąkolwiek kobietę, czy ŻYCZYŁABY SOBIE ZOSTAĆ ZGWAŁCONĄ. Aborcja na życzenie dotyczy sytuacji, w których płód jest albo wynikiem niedbalstwa, albo nie do końca przemyślanej decyzji. Aborcja w wypadku zgwałcenia dotyczy sytuacji gdy kobieta stała się ofiarą niedającego się odeprzeć zamachu. Jest różnica? Ano jest. Dlaczego pan Petecki jej nie dostrzegł? Nie wiem.

Druga głupota:
Rozumiem kobietę, która po zajściu w ciążę nie zamierza żywić bękarta jakiegoś zboczeńca. W takim przypadku najlepszym rozwiązaniem jest według mnie utworzenie specjalnych domów dziecka dla takich dzieci(...)Ponadto moje rozwiązanie pozbawiłoby dodatkowego kłopotu kobiety, które z przyczyn materialnych nie mogą sobie na to pozwolić

Gdzie tu głupota? W zręcznym (albo nieprzemyślanym - zależnie jak ocenić intencje Emila Peteckiego) pominięciu okresu ciąży. Czyli okresu po poczęciu, a przed porodem. Czyli pomiędzy zgwałceniem, a urodzeniem. Okresu liczącego około 9 miesięcy. 9 miesięcy, które w normalnych warunkach wcale nie są lekkie. Zarówno fizycznie - kobieta w ciąży z tego co wiem (nie jestem kobietą, więc doświadczenie mam raczej z drugiej ręki) cierpi na różnego rodzaju bóle (nóg, pleców, brzucha etc), jak i psychiczne (wahania nastrojów, zmiany nawyków etc), ale też i ekonomiczno-społeczne (np. porzucenie pracy, zmiana stylu życia). I które ciężko ot tak sobie pominąć przy rozważaniu spraw dotyczących rozrodczości. A których już zupełnie pominąć nie wolno, gdy mówi się o 9 miesiącach ciąży, które są skutkiem zgwałcenia. Do typowych objawów dochodzą dodatkowe - świadomość cierpienia, które je spowodowało, świadomość upodlenia i zniewolenia. Jak dla mnie, ten okres 9 miesięcy, który dla kobiety zgwałconej, a więc ofiary jednego z najgorszych przestępstw powinien być brany pod uwagę. Bo przez te 9 miesięcy, jeśli kobiecie zakazać aborcji - jest ona w zasadzie uprzedmiotowiona do roli inkubatora. Jej cierpienie, jej ból... nie mają znaczenia. Liczy się to, że w jej ciele jest płód. A to, że ona nigdy go nie chciała, że zmuszono ją do jego przyjęcia, że teraz zmusza się ją do jego utrzymywania, kosztem własnego życia, zdrowia i sposobu egzystencji... traci na znaczeniu. Wg mnie całkowicie niesłusznie.

Trzecia głupota:
najlepszym rozwiązaniem jest według mnie utworzenie specjalnych domów dziecka dla takich dzieci.

Gdzie tu głupota? Nie wiem jak inni, ale dla mnie "Dom dziecka dla dzieci będących produktem zgwałcenia"... brzmi stygmatyzująco. Wyobraźmy sobie, że dziecko z takiego domu idzie do szkoły. Zwykłej. Tak jak to postuluje pan Petecki. I nagle podchodzi do niego inny kolega, z normalnego domu i mówi: "A Ty jesteś dziecko gwałciciela". Miło by takiemu dziecku było? Ano chyba nie. Tworzenie takiego getta (bo tym byłby ten dom dziecka) skończyłoby się tragicznie. Tak samo jak tragicznie skończyłoby się stworzenie domu dziecka dla dzieci, których rodzice dopuszczali się morderstw. Czy innych przestępstw. Czemu więc pan Petecki takie coś zaproponował? Moim zdaniem, w swojej naiwności... zapomniał o stygmatyzacji. To moje zdanie. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć "bo go nie obchodzi ten dzieciak, gdy już opuści łono matki".

Czwarta głupota:
Gwałciciele zaś zmuszani byliby do płacenia odpowiedniej sumy, proporcjonalnej do ich majątku na rzecz utrzymania tego typu ośrodków. W przypadku, gdy nie mieliby oni odpowiednich środków zmuszani byliby do woluntarnej pracy na ich rzecz (oczywiście w ramach wyroku).

Gdzie tu głupota? Ano w mówieniu "byliby" i "mieliby". Tryb przypuszczający to się chyba nazywa. Panie Petecki, podobne obowiązki już prawo nakłada na skazanego za zgwałcenie. Jak i na innych przestępców. Wystarczy otworzyć rozdział kodeksu karnego poświęcony karze i środkom karnym. Niechże pan nie próbuje za przeproszeniem wyważyć otwartych drzwi... bo tak, jest to głupota!

I niech pan pamięta - jak ktoś jest do czegoś zmuszany - to nie można mówić, że byłaby to WOLUNTARNA praca. Jeśli oczywiście pod pojęciem woluntarna rozumieć "niewymuszona, dobrowolna".

Piąta głupota:
Rozwiązanie to doprowadziłoby do zlikwidowania szarej strefy zajmującej się nielegalną aborcją

Gdzie tu głupota? Ano w naiwności znowu. I pominięciu ciąży! Czyli powrót do głupoty drugiej. Rozwiązanie proponowane, czyli zmuszenie kobiety do donoszenia dzieciaka, a potem "się zobaczy" tak na prawdę niczego nie rozwiązuje. Bo ta kobieta i tak przez 9 miesięcy będzie musiała się codziennie borykać z bardzo "konkretnymi" aspektami zdarzenia o którym najchętniej by zapomniała zupełnie. Czy naprawdę tego nie widać? Czy też pomija się to... dla spokoju własnego ducha?

Szósta głupota:
konieczność utrzymywania domów dziecka przez gwałcicieli mogłaby częściowo powstrzymać ten proceder

Gdzie tu głupota? Ano w wypowiadaniu się na temat o którym pojęcia się zupełnie nie ma. Prewencja ogólna, w wypadku gwałcicieli raczej nie odniesie sukcesu. Bo oni nie myślą! Wielu z nich, jak pokazują badania, to ludzie chorzy, którzy w zasadzie nie bardzo wiedzą co robią, ani dlaczego. Ci ludzie nie kontrolują swoich najbardziej prymitywnych instynktów, a my tutaj od nich wymagać mielibyśmy poszanowania dla prawa i strachu przed wymiarem sprawiedliwości? Litości. Oni nie zdają sobie sprawy z konsekwencji tego co robią. Wielu z nich pewnie myśli, że tego typu stosunek, to nie zgwałcenie... a normalny seks. Gdzie tutaj miejsce na prewencje ogólną? Jak ten człowiek w ogóle nie widzi nic złego w tym co robi?
Już pominę fakt, że prewencja ogólna to w ogóle dość kontrowersyjne zagadnienie i raczej ciężko jest udowodnić by była w pełni skutecznym remedium na przestępczość. Jakąkolwiek. Tutaj byśmy wchodzili na odwieczny spór tych, którzy lubią karać "przykładnie" i tych, którzy chcą karać "sprawiedliwie". Chyba trochę na to szkoda czasu.

Kończąc krytykę... czy naprawdę tak ciężko jest pisać coś przemyślawszy sprawę dokładnie? Zrobić plan, potem samemu spróbować znaleźć w nim wady. Naprawdę trudne nie było to co zrobiłem wyżej. Pewnie pan Petecki sam byłby w stanie to zrobić. Ba, wierzę, że wiele z jego uproszczeń wynikało raczej z pośpiechu, naiwności i emocjonalnego podejścia do sprawy... a nie z zimnej kalkulacji.

A nawet jeśli dla niego było to niemożliwe - to czy redakcja portalu, z którą przecież współpracuję w pewien sposób... też go nie czytała i po prostu puściła tekst, który się mniej lub bardziej ale kupy nie trzyma? A może czytała i puściła "dla hecy", żeby wywołać dyskusję, spór czy coś takiego?
 

Komentarze (2)
Swobody Obywatelskie - wygwizdać czy przyklasnąć?
 Oceń wpis
   
  • http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,6285519,Meczyl_sasiadow_gwizdaniem__Trafil_na_5_miesiecy_do.html?skad=rss - GWIZDANIE WARTE 5 MIESIĘCY POZBAWIENIA WOLNOŚCI

    Czy naprawdę za gwizdanie powinno się wsadzać ludzi do więzień? Czy gwizdanie w swoim domu, we własnych 4 ścianach, szczególnie tak sympatycznej melodyjki, jak piosenka z Rodziny Adamsów może powodować u sąsiadów takie cierpienie, by wydawać taki wyrok?

    W mojej opinii - NIE!

    Takie próby ograniczenia prawa do... gwizdania, tak restrykcyjne wyroki - są wg mnie w prostej linii pochodną praktyki znanej z totalitarnych państw i utopii socjalistycznych tak często opisywanych w literaturze. W kontekście Wielkiej Brytanii chciałoby się powiedzieć - Wielki Brat patrzy. I zakazuje Ci gwizdać!

    Ciekawe czy sędzia byłby równie restrykcyjny, gdyby pan Wrobel gwizdał "God save the Queen", albo "Rule, Britannia!", a nie song o swoiście dysfunkcyjnej i patologicznej rodzince.

    Nie rozumiem tej polityki rządu Jej Królewskiej Mości. Przypomina mi to krytykowane z punktu widzenia praw człowieka ASBO.

    Niestety, jak wydaje się z doniesień medialnych nie jest to jedyny przejaw na ograniczanie swobód obywatelskich poddanych Elżbiety II.

    Jak donoszą media*, była szefowa MI5 (brytyjskiej służby bezpieczeństwa odpowiedzialnej m. in. za kontrwywiad) uznała obecne działania rządów brytyjskich za próbę budowania państwa policyjnego, w którym "walka z terroryzmem" oznacza tak na prawdę furtkę do ciągłego ingerowania w życie obywateli - czy to przez inwigilację, czy to wzbudzanie ustawicznego strachu.

    Nie tak dawno media zaś mówiły** o tym, że Wielka Brytania, do spółki z Niemcami ale jeszcze bodaj przy komunikacji z Parlamentem Europejskim pracują nad systemem, który ma umożliwić łatwiejsze zapoznawanie się z tym, co obywatele robią w sieci. Łatwiejsze, bo bez obligatoryjnej zgody niezawisłego i niezależnego sądu. W oparciu o keyloggery mają uzyskiwać informacje o tym gdzie serfujemy, po co etc. Czyli maile, strony internetowe, praca - wszystko stoi otworem. A prawo do prywatności, jedna z podstawowych swobód obywatelskich? No cóż... ginie w tłumie

    Dodając do tego wszechobecne w Zjednoczonym Królestwie kamery CCTV, które wg niektórych źródeł są tak wszędobylskie, że przeciętny Londyńczyk idący do pracy wpada w zasięg ok. 300 kamer, na 12 poddanych Jej Królewskiej Mości przypada jedna kamera CCTV, które jednakowoż przy najbardziej poważnych przestępstwach w 0% zwiększyły wykrywalność policyjną***... cóż wg mnie mamy całkiem sprawną realizację czarnych wizji Orwella, Huxleya i innych dysotopistów - państwa, które może wszystko, reguluje co się da, zabrania najbardziej normalnych rzeczy... i na dodatek nie bardzo wiadomo - PO CO.

    Przypisy:
    * - http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80277,6285829,Brytyjskie_Sluzby_Bezpieczenstwa_strasza_ludzi.html
    ** - http://news.zdnet.co.uk/security/0,1000000189,39587597,00.htm
    *** - http://www.newstatesman.com/200610020022

Komentarze (1)
Swobody obywatelskie - refleksje po seminarium
 Oceń wpis
   

Brałem ostatnio udział w ciekawym seminarium dotyczącym praw człowieka - historii, obecnej praktyki ale i przyszłości. Organizowane było z okazji 60tej rocznicy podpisania Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Dokumentu ważnego, wg mnie nawet przełomowego. A dziś chyba mocno zapomnianego.


Na seminarium wiele miejsca poświęcono Polsce. Niestety w negatywnym kontekście. Chodziło głównie o reakcję (a właściwie brak owej) polskich władz na informacje dotyczące tajnych lotów samolotów CIA z więźniami z Iraku i Afganistanu. I tego, jak kraj który jest członkiem Rady Europy, który zobowiązał się wieloma traktatami, ale również i wieloma przepisami krajowymi do powstrzymywania tortur etc... może spokojnie funkcjonować w społeczności międzynarodowej.


Smutnym faktem jest, że polskie władze faktycznie tę sprawę wyciszyły. Chociaż chodzi o podstawowe swobody obywatelskie i przestrzeganie norm prawnych, których charakter jest uniwersalny... nikt nie reaguje. Poza krótkotrwałymi inicjatywami, obliczonymi chyba jeno na pokazanie się w mediach i zbudowanie sobie wizerunku "anty" danej opcji (głównie antyPISowskiej, bo to za rządów PIS największa część afery się odbywała).


Zupełnie zabrakło reakcji ze strony środowisk wolnościowych. Tych, które prawa człowieka, niezbywalne i nienaruszalne, winny traktować jako rdzeń swojej działalności. Jako oś, wokół której, i w oparciu o którą, budowana jest cała polityka - zarówno społeczna, jak i ekonomiczna państwa. Pewnie tylko Amnesty International coś robiła. I może ktoś jeszcze. Ale czy był to poważny głos sprzeciwu? Głos słyszalny powszechnie i wywołujący reakcję? Nie! To było raczej wołanie na puszczy. Na dodatek - pośród obywateli nie widać wielkiej chęci walki o wyjaśnienie tej sprawy i pociągnięcie do odpowiedzialności tych, którzy dopuścili się nadużyć.


Widać wyraźnie, że w Polsce (ale i w Europie) prawa człowieka coraz bardziej oddalają się od prostego człowieka, a wchodzą w domenę prawników. Nie ma "czucia" swobód obywatelskich przez zwykłych ludzi. Technicyzacja praw człowieka, ich "dehumanizacja" dla wielu (w tym i dla mnie) stanowi przedmiot zmartwień. Ludzie coraz mniej zdają sobie sprawę zarówno z tego jakie prawa im przysługują, jak ich prawa mogą być naruszane... ale też i jak prawa człowieka "działają" w ich codziennym życiu. Bo ilu Polaków zdaje sobie sprawę z tego, że prowadząc bloga, publikując w zasadzie dowolne zdjęcia na Naszej Klasie - korzystają ze swobody wypowiedzi? Tej samej swobody na którą powoływał się Jerzy Urban pisząc NIE, ale z której korzysta i Tadeusz Rydzyk w swoim Radiu Maryja?


W przeciwieństwie do USA, gdzie prawa człowieka wrosły w świadomość obywatelską, w Polsce są one w jakiś sposób upośledzone. Nie ma w Polsce organizacji działającej na podobnej zasadzie jak American Civil Liberties Union. A szkoda. Bo taka organizacja, w pewien sposób masowa, działająca w wielu sprawach, często niepopularnych, mogłaby nie tylko promować prawa człowieka, ale też stanowić całkiem niezłe źródło pomysłów na działalność ugrupowania liberalnego, które faktycznie w sferze społecznej chce budować ideały państwa wolności, demokracji i tolerancji. Nie mówię by była think tankiem. Nie mówię by była przybudówką partyjną. Bo prawa człowieka z natury rzeczy są mocno ponad partyjne (chyba, żeby powstała partia "celowa", która po prostu skupiałaby się na obronie praw człowieka i działalności legislacyjnej w tej mierze - tak jak powstała Partia Piratów, czy chociażby partie chcące legalizacji marihuany). Najlepiej byłoby, gdyby tego typu inicjatywa działała w formie stowarzyszenia, które jednak nie boi się angażować w politykę, tworzy projekty ustawodawcze, ale też i promuje prawa człowieka "na ulicy" - przez happeningi, przez wykłady etc. Bo czegoś takiego wyraźnie brakuje. Nie tylko liberałom, którzy szukają drogi do zjednoczenia, ale też i Polakom, którzy po prostu powinni więcej wiedzieć o prawach człowieka i bardziej być z nimi zżyci.

Komentarze (0)
Wilczy odzew
 Oceń wpis
   
Słowo się rzekło, wilk popisze.

Najpierw wnioski formalne:
1) Optymizm nie jest zarzutem ;) A przynajmniej nie ma być.
2) Oszołomstwo... słowo wybitnie pejoratywne i wg mnie zupełnie nie pasujące do wolnościowców, szczególnie idealistów. Właściwsze wydaje mi się brawura, gdyż to ona jest związana z odwagą wyrażania i realizowania swoich poglądów, przy jednoczesnym ryzyku wystąpienia przesadnej wiary we własne siły i możliwość kontrolowania otoczenia.
3) Prostowanie błędnych założeń o mnie:
a) Nie jestem zwolennikiem rozbudowy aparatu państwowo socjalnego - jestem za stopniowym usuwaniem tego aparatu jako zbędnego elementu pomiędzy ludźmi. Nie jestem zwolennikiem budowania państwa, które za obywatela zrobi wszystko, niejako stawiając go w pozycji gnojka (bo do dziecka ma się większy szacunek). Wręcz przeciwnie, jestem za usuwaniem poszczególnych rozwiązań socjalnych... ale w sposób nieradykalny, a oparty na bardzo starannym przygotowaniu. Innymi słowy - jestem najwolniejszym z wolnościowców (czy bardziej dwuznacznie: najwolniejszym z wolnych). Nie jestem jednak "wstecznym" ;) Moja centrolewicowość przejawia się głównie w tym, że jestem zwolennikiem liberalnej-demokracji (w przeciwieństwie do socjalistycznej demokracji, czy monarchizmu), głębokiej decentralizacji... a także, z racji na studia, szacunku dla praw człowieka (które przecież są w jakiś sposób wolnościowe).
b) Opór wobec państwa jest u mnie wyjątkowo silny, szczególnie gdy władzę w nim sprawują takie a nie inne osobniki...

Tyle, prostowania, teraz przemyślenie ;)

Jeremi twierdzi, że libertarianizm jest moralny (czy też etyczny), a państwo, ze swoimi strukturami i całą działalnością, nie jest. I tutaj w mojej głowie zapala się pierwsze światełko ostrzegawcze, bo ilekroć widzę jak przy polityce i sposobach na zmiany pojawia się hasło moralności... cóż, zaczynają się bezowocne spory o to co moralne jest, a co nie. W spory te wikłać się nie chcę, gdyż do niczego one nie prowadzą, chyba, że obie dyskusji założą, że istnieje coś takiego jak moralność "obiektywna i uniwersalna"... co jednakowoż rzadko się zdarza i wątpię (choć mogę się mylić) by Jeremi takie założenie przyjmował. Z tej mojej decyzji wynika jedno - w swoich wywodach opieram się raczej na tym, co sprawdzalne i niejako "niekwestionowalne" - jak chociażby na logicznym założeniu, że szczęście jest lepsze od nieszczęścia.

Jak wg mnie miałaby wyglądać transformacja do stanu... idealnego (bo takim jawi się wolnościowe społeczeństwo)... cóż, odpowiedź nie jest prosta, to zaś co przedstawię może być po pierwsze przedstawione nieporadnie, po drugie nie w pełni, po trzecie zaś, niezbyt dobrze mogę wszystko umotywować (co po części wynika z ograniczeń czasowych jakie na rozważania mogę poświęcić).

Zaczynając jednak od początku.
Każda zmiana powoduje czyjeś niezadowolenie. Tak było, jest i będzie. Jak zauważył Jeremi, przejście do wolnościowego ideału będzie wymagało ofiar. Zgoda. Kwestią znaczącą dla wszelkiej maści wolnościowców jest to by liczbę ofiar zminimalizować. Zarówno poprzez działania charytatywne ich samych, jak i naukę tego co "dobre i prawe" (ale naukę i przekonywanie, a nie narzucanie i przymus), jak i poprzez wprowadzanie zmian w sposób ostrożny, oparty nie na przekonaniu o własnej wyższości etc, ale na przekonaniu niejako o "służebnej" roli libertarian wobec innych jednostek (również tych, które są słabsze). Stąd mój pogląd, że podstawą wszelkiego wolnościowego działania będzie inicjatywa oddolna, działanie u podstaw, a nie "na szczytach". A właściwie postulat działania tam gdzie się tylko da, a nie jedynie jako partie polityczne.
Jeremi zgadza się, że inicjatywy obywatelskie, stowarzyszenia, ruchy i inne formy samoorganizacji są dobre, ale nie będą mogły działać dopóki będą "żebrać" u państwa. Ale kto nakazuje brać dodatki, domagać się wsparcia? Wszelka inicjatywa wolnościowa przecież może powiedzieć państwu: "spieprzaj dziadu" i tyle. Nikt nam nie każe brać pieniędzy od państwa.

Drugą kwestią jest to, że w swoich "pomysłach" staram się brać poprawkę na to, czy dana "wolnościowa" idea, nie byłaby czasem próbą "przywrócenia" jakiegoś starego ładu. Opór wobec niektórych "wolnościowych" postulatów wynika tu z tego, że w historii takie "powroty" powodowały tylko, że powtarzał się i stan, z którego próbowano pierwotnie uciec. Przypominało to po trosze cykl, po trosze zaś błędne koło, w którym na jakiś problem leku szukano w przeszłości, próbując do niej wrócić, co powodowało, że problem odżywał (jak chcieliby niektórzy historycy w formie farsy).
Np próba powrotu do stanu.. ba, nawet Średniowiecznej Islandii (o której mówi się, że to społeczeństwo wolnościowe było)... cóż, wg mnie niechybnie skończy się powtórką z rozrywki, czyli różnymi "ciekawymi" pomysłami na to jak człowieka zniewolić, upaństwowić i na koniec opodatkować.
Owszem historia i tradycja jest genialną nauczycielką. Bo można z niej wyciągnąć wnioski, że pewne rzeczy się mogą nie sprawdzić i trzeba poszukać innego wyjścia. Dobrze jest pamiętać o tym co było, zmieniając świat. To pozwala uniknąć dawnych błędów. Wolnościowiec jest wg mnie postępowcem (choć może mieć reakcyjne poglądy), bo dąży nie do powrotu do "stanu natury" (tutaj zgodzę się z Hobbesem, że był to stan wojny wszystkich ze wszystkimi), ale stworzenia nowego stanu, "stanu wolności" (w którym jednakowoż sam, świadomie i odpowiedzialnie, będzie sobie robił to na co ma ochotę, a inni, również świadomie i odpowiedzialnie, będą mogli w tym uczestniczyć - choćby były to i walki na golasa, z maczugami, o dobre miejscówki w jaskiniach). A skoro tak, to wszelkie rozwiązania, jakie trzeba by wprowadzić by usunąć obecny aparat państwowy, powinny być przemyślane właśnie czy nie są "powtórką z rozrywki" czy posuną nas do przodu, czy cofną w rozwoju.

Trzecia kwestia - szto diełat, by było dobrze. Etapowy plan Jeremiego (Wolność - zrób to sam!)... cóż... dla mnie wyglądałby tak:

1) Tworzy się szeroki ruch społeczny wolnościowy... zarówno stowarzyszenia, jak i partie, jak i może nawet związki zawodowe pracowników (to by był ciekawy widok). Ruch ten, propaguje swoje pomysły, rozwija działalność obywatelską (różnego rodzaju szkolenia, dyskusje etc - zarówno charytatywne, jak i płatne). Zaczyna tworzyć niejaką "konkurencję" dla wszelkich "bajerów" jakie wciska państwo, opiekujące się teatrami, szkołami, czy co tam jeszcze chcecie. Ludziska zaczynają widzieć, że "ta banda wolnościowców" tak na dobrą sprawę robi to co państwo (a częściej robi to nawet lepiej), ino nie potrzebuje do tego przemocy (w postaci np podatków). Wystarczy wola działania i trochę pomyślunku. I nagle okazuje się, że pomimo tego, że państwo czyha, że ma aparat opresji (z którego może nawet skorzystać), że od wolnościowców wyciąga kasę (np za rejestrację stowarzyszeń), to wolnościowcy, swobodnie (bo robią to świadomie i z poczuciem odpowiedzialności, a nie jak barany na rzezi), z własnej nieprzymuszonej woli, godzą się na to. Mają w sobie tyle samozaparcia, że nie dają się zadusić. Ruch zaczyna rosnąć w siłę, staje się jakąś tam siłą polityczną. Pojawiają się jakieś obywatelskie projektu ustaw, wnioski o referendum i inne formy bezpośredniego działania. I nagle BUM... ludzie, widzą, że wolnościowcy stworzyli dobrowolną konkurencję dla państwa, i ci sami ludzie zaczynają wątpić w "stary porządek". Oczywiście do tego dochodzi kwestia odpowiedniego doboru środków, metod. I sporo wydatków. Ale to jest do zrobienia. Ja sam w to wierzę!
Takie zasianie wątpliwości co do przydatności państwa, ale oparte na pokazaniu, że "można inaczej" a nie na ciągłym mówieniu: "oni są źli, trzeba ich zniszczyć". Problemem wielu ruchów obecnie jest to, że wskazują one problem, wskazują nadużycia, ale nie wskazują rozwiązania, nie dają jasnej wizji tego jakby miało być "po zmianie". Najczęściej mówi się po prostu "Inaczej". Wolnościowiec, w moim przekonaniu, ma działać pozytywnie, pokazując swoim przykładem czym jest wolność i jakie daje plusy. Wolnościowiec nie ma narzucać komuś myślenia o państwie w kategorii wroga, bo takie coś jest niewolnościowe. Wolnościowiec ma tak działać, by ta osoba sama, z własnej wolnej, świadomej i odpowiedzialnej woli, stwierdziła, że coś jest na rzeczy, że te działania, które wolnościowiec podjął są niejako "przedsmakiem" tego co by mogło być, gdyby się pozbyć tego konkurenta jakim jest przebrzydłe państwo.
2) Po zasianiu tych wątpliwości, zbudowaniu realnej alternatywy, cóż, czas na zadanie państwu "decydujących ciosów". Dzięki poparciu społecznemu, dzięki stworzeniu i promowaniu alternatywy, te zmiany będą mogły się odbyć mniej "boleśnie" niż gdyby to się odbywało na zasadzie: my mamy plan, zagłosujcie na nas, to wtedy wam pokażemy jaki i jak to będzie fajnie. Tutaj zasada byłaby taka: widzieliscie co zrobiliśmy? Podobało się? To teraz zrobimy to samo, ale na większą skalę!
3) na tym etapie rozwoju dziejów, dalszym, możliwe byłyby dwa scenariusze:
a) Istniałoby państwo minimum, utrzymywane z datków oraz dawne alternatywne inicjatywy wolnościowe
b) nie istniałoby państwo, a tylko inicjatywy wolnościowe, już nie alternatywne.
Tutaj wizja staje się mętna (przynajmniej dla mnie) gdyż nie wiem ile by to miało trwać, ani dokładnie jaki kierunek by to obierało. Ale teraz to jest nieważne. Teraz ważne jest zacząć, począć tworzyć tą alternatywę (co de facto się dzieje). I pokazywać ludziom, że inny świat jest możliwy.

Oczywiście to "marzenie" i "gdybanie" można by uszczegółowić np przez propagowanie w początkowej fazie przekształcenia państwa w luźną federację, gdzie w mniejszych społecznościach można by budować (a właściwie demontować) państwo do ideału wolnościowego, pozwalając ludziom na zmianę miejsca zamieszkania wg wolnego wyboru, by ci bardziej wolnościowi mogli swoją "enklawę" stworzyć. Można by mówić o coraz szerszym stosowaniu prawa wyznaczającego pewien nieprzekraczalny standard minimum danych zachowań, pozwalając na zawieranie np umów o innych warunkach, które jednak od tego standardu nie mogą być gorsze. Można by opisywać obniżanie tego standardu w ten sposób by w pewnym momencie, po ewolucyjnej zmianie, on przestał istnieć. Oczywiście wszelkie te zmiany, z powodów czasowych podaję w pewnym uproszczeniu, nieskupiając się za bardzo na negatywnych aspektach, na przeszkodach, które miałyby wystąpić (a byłoby ich pełno, czego jestem świadom)

Niech ten tekst wyżej, dla Jeremiego, będzie niejako rozwinięciem "mojej wolności" i tego jak ja bym ją budował. Jeśli by chciał On, lub, ktokolwiek inny, bym daną kwestię rozwinął, rozwiał wątpliwości cóż, wystarczy zostawić mi wiadomość. Postaram się napisać.

Wulf
Komentarze (0)
Realista? - próba polemiki
 Oceń wpis
   
Tekst ten, jak sam tytuł wskazuje, jest próbą polemiki z tekstem Jeremiego Libery "Pesymiści" ( http://jeremilibera.bblog.pl/wpis,pesymisci,3302.html ). Postanowiłem ją napisać głównie ze względu na to, że znajduję u Jeremiego do tego niejaką "zachętę", skierowaną do mnie osobiście ;)

Jeremi stwierdził, że problemem libertarianizmu jest to, że ludzie go nie znają. Że "szary Kowalski" pojęcia nie ma o tym, kim jest (że nie wspomnę o zawartości dzieł) Robert Nozick, David Friedmann, Ayn Rand etc etc. I racja. Tyle, że większość Polaków pojęcia nie ma również i o tym kim był Joseph De Maistre, Edmund Burke czy chociażby Bernstein, Kautzky. Nawet jeśli "szary Kowalski" wie kim był Jan Paweł II, Cat-Mackiewicz, Kisiel, Marks, to i tak najpewniej nie ma pojęcia o tym, co ci ludzie głosili, jakie było ich przesłanie. Ów mój przykładowy szaraczek na dobrą sprawę nie wie, co to znaczy konserwatyzm, socjaldemokracja, liberalizm, libertarianizm, anarchizm. Ten człowiek, w Polsce często mieniący się katolikiem, najczęściej pojęcia nie ma w co tak naprawdę wierzy, a w co nie. Owszem, ktoś powie, że jest konserwatystą. Ale czy on wie, co to jest ten konserwatyzm i czym się różni od mięcha w puszcze z napisem "Mielonka konserwowa"? W mojej skromnej opinii najczęściej nie. Najczęściej swój "konserwatyzm" (używam tego przykładu, bo na ten pogląd się ostatnio wielu lubi powoływać, wg mnie zupełnie niezasadnie) opierają na stereotypach , jakiś przekazach, których wartość merytoryczna jest żenująco niska. Hasła liberalizmu, socjalizmu, konserwatyzmu, w Polsce, w mediach, zastąpione są najczęściej populistyczną papką, albo przekazami typu: "Balcerowicz musi odejść!" (a czy to jest libertariańskie, bo Balcerowicz to socjalista, czy socjalistyczne, bo Balcerowicz to liberał, to niech już rozstrząsają mądrzejsi?) czy "Silny prezydent, uczciwa Polska". Tak więc ten szaraczek nie tyle nie wie co to libertarianizm. On najczęściej bladego pojęcia nie ma o żadnej doktrynie, poglądzie filozoficznym etc. Nie jest więc tak, że idea libertariańska jest kiepsko rozreklamowana, czy nielubiana. A przynajmniej nie jest tak, że tylko ta postawa jest "dyskryminowana".

Drugim powodem słabości myśli wolnościowej w Polsce, wg Jeremiego, jest coś, co nazwę skrótem myślowym (a co, nie tylko władzy wolno ;) ) "postawy roszczeniowej". I tutaj polemizował nie będę. Faktycznie, nasze społeczeństwo (przynajmniej w mojej obserwacji, nie wiem co na to socjologowie i inni spece) strasznie lubi rozwiązania, które wiążą się z tym, że pozornie niewiele się samemu daje, ale dużo się dostaje (a przynajmniej dużo można żądać). Efektem tego jest pewnie 50 lat rządów ekipy takiej a nie innej, klęska (a właściwie niezadowolenie niektórych z efektów, które jednakowoż niekoniecznie muszą być faktycznie złem) reform i coraz większa dysproporcja między tymi "na górze" (politykami, biznesmenami, twarzami z mediów etc etc - te wszystkie "łże-elity", "wykształciuchy" czy bardziej z łódzka "warsiafka") a tymi "na dole" (czyli "wyklętym ludem ziemi", "moherowymi beretami", "proletariatem", "ofiarami transformacji" etc), którzy nie widzą dla siebie szansy na "dostanie się na górę", a widzą tylko okazję by "wyżebrać" co się da dla siebie. Czy ci ludzie mają prawo być rozgoryczeni? Jasne, że tak. Bo przecież nie są szczęśliwi. Często nie z własnej winy. Bo czy oni są winni tego, że ich przez wiele lat uczono (a właściwie indoktrynowano), że "czy się stoi czy się leży, 1500 się należy" (o ile dobrze przytaczam wartość)? Czy oni są winni tego, że faktycznie, przez ileś lat, to państwo "dawało" (fakt, że częściej "gówno", albo "w ryj" niż "każdemu wg potrzeb" ale jednak) i od państwa "się wymagało"? Ano chyba nie są winni. Ci ludzie, są ofiarami podłych zagrywek ze strony różnych sił. Zagrywek pewnie czasem nawet w dobrej wierze czynionych. Tych ludzi najczęściej się porzuca, zostawia samych sobie, nie bardzo się przejmując co się z nimi potem stanie.

I tu zbliżamy się po pierwsze do tego, skąd "realizm" a po drugie wyjaśni się, czemu niejako czułem się uprawniony do polemiki z Jeremim.

Otóż, faktycznie, wydawać by się mogło, że porzucenie libertarianizmu (albo chociaż liberalizmu) na rzecz centrolewicowej socjaldemokracji, jest wynikiem pesymizmu. Otóż, przynajmniej w moim wypadku, nie jest, gdyż z założenia jestem optymistą. I dlatego chcę by wolnościowe społeczeństwo wprowadzone zostało w sposób "bezkrwawy". Na pewno nie w drodze rewolucji, ale też i nie w drodze "terapii szokowej" i tworzenia kolejnych "ofiar transformacji", które znowu będą odrzucone.
Dla mnie, jedyną dobra (żeby nie powiedzieć słuszną) drogą do społeczeństwa wolnościowego, jest rozpoczęcie pracy u podstaw. Czyli nie zakładanie kanapowej partii libertariańskiej, która będzie próbowała w sejmie przepchnąć ustawę "o prywatyzacji wszystkiego" (zabrzmiało jak atak na hasło Kononowicza "i nie będzie niczego"), wspartą ustawą "o pełnej wolności ludzi" z prawej strony i ustawą "o likwidacji państwa" ze strony lewej i próba przekonania wszystkich, że to ta partia "wie lepiej". Takie działanie, tylko "na górze", w obecnych warunkach, zrobiłoby więcej złego niż dobrego. I tylko z jednego powodu. Z powodu ludzi. Bo obecni ludzie (a przynajmniej pewna część) nie są gotowi na taką zmianę. Tych ludzi trzeba najpierw nauczyć wolnościowego myślenia, najpierw wyzwolić ducha, a dopiero potem ciało (podobnie ująłby to bodajże Seneka). Można by powiedzieć (trochę niczym starzy marksiści), że "rewolucja" może być dokonana tylko w społeczeństwie mającym odpowiednią świadomość, niejako naszykowanym do tego co ma nadejść. Tego wyzwolenia nie da się zrobić "odgórnie" przez kolejną polską partię polityczną. To da się zrobić np na takich blogach, prezentując postawy wolnościowe, debatując o nich i pokazując, że "nie taki diabeł straszny". Robiąc wykłady w szkołach, manifestując. Naukę można prowadzić przez zakładanie różnych stowarzyszeń tworzących społeczeństwo obywatelskie, uczących samoorganizacji, polegania na sobie. I co ważniejsze (a i trochę paradoksalnie), ucząc ludzi solidaryzmu! Tak, solidaryzmu. Hasła, którym niektórzy (nie tylko obecna władza) wyciera sobie ryj. A według mnie, solidaryzm to postawa wolnościowa. To postawa ludzi, którzy samemu będą wolnymi, potrafią i chcą (z własnej, nieprzymuszonej woli) pomagać innym, tak by i oni mogli w pełni korzystać z wolności.

Na razie większości wolnościowcom pewnie pasuje.... skąd więc u mnie socjaldemokratyzm? Ano stąd, że nauczyć, to można obecną młodzież i przyszłe pokolenia. Niestety często nie da się nauczyć takiego myślenia ludzi starszych, albo tych, których los i różne "cudowne lekarstwa" (takie jak plany Balcerowicza, Reformy Buzka, Solidaryzm Kaczyńskiego etc) już tak dotknęły i "skopały", że teraz nie wierzą już w nic. Tych ludzi, nie można zostawić samych sobie. A tak by mogło niestety się zdarzyć, gdyby postulaty wolnościowe wcielić w życie niejako "od razu" bez "bazy" - takie mam wrażenie, gdyż niektórzy wolnościowcy traktują swoje pomysły jak lek na wszelkie zło, niejako panaceum (a niestety historia podpowiada, że taka bezkrytyczna wiara w połączeniu z przesadnym optymizmem, prowadzić może do okropieństw podobnych rewolucyjnego zapału, względnie do robienia zmian niechlujnie i "na odwal się"). O te ofiary trzeba zadbać (a przynajmniej ja, w swoim pojmowaniu człowieczeństwa uznaję, że trzeba), żeby właśnie nie mieć krwi na rękach. To powoduje, że z jednej strony uwielbiam toczyć rozmowy o wolności, udowadniać np moim kolegom z roku, że wolnościowe postulaty prywatnego szkolnictwa wyższego (choć nie tylko szkolnictwa) mają sens, że nawet w społeczeństwie wolnościowym spokojnie byłoby miejsce dla religii, tradycji, a z drugiej, że uważam za sensowniejszą propozycję (przynajmniej chwilowo) podatek dochodowy liniowy (np 19%), a nie pogłówne, czy w ogóle brak podatków. Dlatego popieram niektóre pomysły wolnościowe, obecne w działalności partii centrolewicowych (a czasem i centroprawicowych pokroju PO), jednocześnie mówiąc, że na obecną chwilę, inne rozwiązania (obecne chociażby w działaniach UPR czy innych ugrupowań gdzie pojawiają się libertarianie, którzy nie "boją się" powiedzieć co myślą) są złe, przynieść mogą (raczej nie dla mnie, ale np dla owej przysłowiowej "babci radiomaryjnej") dużo zła.

Czy moja postawa jest pesymistyczna? Z perspektywy wierzącego bezkrytycznie w wolnościowe postulaty, możliwe, że tak. Bo jest to postawa trochę bardziej zachowawcza, dużo bardziej umiarkowana. Podyktowana ona jest jednak nie brakiem wiary w ludzi (bo wierzę, że ludzie, którzy wiedzą czym jest libertarianizm czy liberalizm są zdolni w tym systemie żyć spokojnie) ) i idee (która jest ze wszech miar słuszna, bo przecież w zasadzie niczego nie narzuca), a realistycznym uznaniem, że idea w realizacji często się "zmienia" (i raczej nigdy nie na lepsze) i do idei trzeba być dobrze przygotowanym. Jeśli coś ma być zrobione dobrze, to musi być przemyślane i zrobione spokojnie, a nie "byle szybciej i byle jako". Dlatego uznaję, że zarówno dzięki "przesadnym optymistom", jak i "zachowawczym realistom" (czy jak kto woli pesymistom) cała idea może się rozwijać, doskonalić a także być wprowadzana w życie. Powoli, z poszanowaniem wszystkich i próbą minimalizacji ofiar. Jeremi i jemu podobni optymiści zadbają o to byśmy w "socjalu" nie utknęli, ja (i może mnie podobni) będziemy dbać o to by ofiar było jak najmniej, zmiany były jak najbardziej przemyślane, a całość poparta odpowiednim przemyśleniem.


Wulf
Komentarze (0)
Dobry początek
 Oceń wpis
   
Znane są tysiące sposobów zabijania czasu, ale nikt nie wie, jak go wskrzesić. - Albert Einstein

Ja czas zabijał będę pisząc tego bloga... oby w miarę często i aktualnie :)

Wulf
Komentarze (1)
Najnowsze komentarze
2011-04-11 18:38
rozprawa-wyrok.pl:
Swobody Obywatelskie - wygwizdać czy przyklasnąć?
Demokracja powoli zaczyna być totalitaryzmem.
2009-10-17 02:38
srebrnooka:
Polemika - Aborcja
Strasznie ciężko się czyta ale tekst dobry i ciosy trafiają
2009-02-25 17:56
pedeem:
Polemika - Aborcja
Wulf, weź zmień kolor czcionki na jakiś ciemniejszy, bo taki szary się ciężko czyta, zlewa się[...]
O mnie
Wulf
Wilka słów kilka o sobie
Kategorie
Polityka Prawo Wilcze
Archiwum
Rok 2009
Rok 2008
Rok 2007